Sezony   (Są takie wiersze...)

Przychodzą, odchodzą, przechodzą, mijają.  Jak uczucia, ludzie i życie. Są lub tylko się zdarzają. Wchodzimy w nie jak w nowe miłości lub nowe śmierci, zostawiając za sobą cały świat. Przyzwyczajamy się do ich symptomów i zagłębiamy się w ich monotonne trwanie. Najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Zawsze.

Pierwsza dostrzeżona zieleń analizowana pod kątem początku. Jeśli przyjrzeć się jej uważnie, zabija świeżością nie tylko nas, ale wszystkie inne byłe już zielenie. Wpadamy w  apoteozę zieleni. I czekamy, kiedy pierwsze lepsze słońce stonuje jej blask. Są takie wiersze. Wiersze nie tyle o zieleni w czystej formie, ile o powstawaniu na nowo przywiązania, uczucia, o nowych szansach w walce o siebie, miłość lub życie.

Jest też pierwszy letni błękit. Banalne odkrycie o niebieskiej kaskadzie stylów, kiedy patrzymy na cudowne miejsca łączenia nieba z morzem. W tym coś musi być. Woda i niebo. I kredowo białe chmury asynchronicznie rozmieszczone w niebieskości.
Te sympatyczne stany przyrodnicze poprawiają nastrój i trwają monotonnie do pierwszych większych wrześniowych wiatrów. Są takie wiersze. Wiersze o spokoju, stabilizacji, podpisaniu paktu o nieagresji ze śmiercią, miłości wielkiej i gorącej.
W przypadku takich utworów najtrudniej wystrzec się banału.

Wiatr to jesień. Podmuchy o różnej sile strącające z drzew różnobarwne elementy. Przeszywające zimno obcości otoczenia. Wiele herbat z cytryną, wiele alkoholu, wiele samotnych wieczorów. Jesień bywa też sympatyczna. Słońce, które jeszcze nie śpi na dobre, gdzieniegdzie rozświetla spoza parawanu chmur barwne aleje drzew i złe myśli. Są takie wiersze. O jesieni i umieraniu w życiu, o wyobcowaniu z kontekstów, o podróżach do nikąd lub do nikogo. Bo, kiedy nikt już nie czeka...

Kiedy śnieg niszczy szary kontekst jesieni, dostajemy apetytu na wiosnę. Zima jest strasznie przechodnia. Pora roku do przejścia, coś pośredniego pomiędzy piekłem i rajem, życiem i śmiercią. I nie ma tutaj znaczenia jak ją przeżyjemy. I nie ma tutaj znaczenia jak czekamy. Wzrasta potrzeba bliskości, za zieloną choinką szukamy osób najświętszych w bliskości. Często nie znajdujemy tam nikogo. Nasza tolerancja na zimno jest jednak ogromna. Trudno skaleczyć człowieka naprawdę. Są takie wiersze o chłodzie między ludźmi i o nadziei między ludźmi. O czekaniu na cud, który może się nie wydarzyć.

Sezony najbardziej widoczne są na wsi. Banalne czynności przypisane do określonych pór roku, organicznie związane z filozofią miesięcy: sianiem i zbieraniem plonów, życiem i śmiercią. Miasta są takie same zawsze. Bywa tylko cieplej lub chłodniej w czerwonych autobusach. Jak u ludzi.

Sezony emocji określają także bieg literatury. Widoczne są czasem bardziej dosadnie: w kolorach liści, prawdopodobnych metaforach uczuć. Czasem tylko ustalają temperaturę emocji i wrażliwości. Za najlepszego obserwatora ludzi na tle sezonów uważam Agnieszkę Osiecką. Ona, jak nikt inny potrafiła przełożyć zawiłość ludzi na prostotę sezonowości. Ona, jak nikt inny znalazła klucz do emocji przeciętnego życia. Dlatego, tę antologię, w hołdzie jej dedykuję.
© dkk, 2003
Wprowadzenie
Sezony
Wiosna
Lato
Jesień
Zima
Poeci
Poetki
Księga
Linki